10. Poznański Półmaraton – kosmos za linią mety

O tym, że w ubiegły weekend w Polsce mieliśmy urodzaj biegów na dystansie półmaratonu nie trzeba przypominać. Biegli w Warszawie, biegli w Sobótce, biegli w Poznaniu. Ja postanowiłem wystartować w Poznaniu. Raz: bo bieg był prawie w domu, dwa: bo trasa szybka, trzy: bo te zawody miałem rozplanowane jako jeden z najważniejszych punktów startowych tej wiosny.

depo
Wydawanie pakietów przebiegało sprawnie, źródło: facebook.com/PoznanMaraton

Poznański półmaraton uchodzi za jedną z największych imprez biegowych tego typu w Polsce. To fakt i nie wymaga polemiki. Zainteresowania biegiem nie zabrakło. Wykupiono około jedenaście i pół tysiąca pakietów startowych. Biuro pracowało dwa dni przed startem, w piątek i sobotę, numeru nie można odebrać w dniu zawodów. Jest to kolejna edycja biegu, więc i organizacyjnie raczej na tip-top, choć zauważalna jest swego rodzaju rutyna. Po pakiety wraz z Kasią, Ewą i Łukaszem (których gościliśmy przez weekend) wybraliśmy się w sobotę. Poszło raczej sprawnie i raczej szybko. Centrum dowodzenia zawodami ulokowano na terenie MTP. Tradycyjnie w pomieszczeniach korespondujących z biurem zawodów zorganizowano targi sportowe. Bardzo liczyłem na książkę Jerzego Skarżyńskiego z podpisem, który gościł na targach, ale nie udało mi się osobiście go dopaść, będę próbował przy innej okazji 🙂

IMG_20170325_182802.jpg
Pakiety odebrane!

W dniu zawodów na terenie targów byliśmy już koło godziny 8.00, start zaplanowano na 9.00 – musieliśmy ogarnąć depozyt, toalety i rozgrzewkę. Niby godzina to dużo, ale przy takiej masie ludzi nagromadzonej w jednym miejscu wydawało się na styk. Wszędzie kolejka, wszędzie ciasno, do tego wąskie gardło spowodowane limitowaniem przepływu pomiędzy strefą depozytową na szatniami. Jeszcze przed startem poczułem zniechęcenie do biegu. Ścisk w strefie startowej był obezwładniający. To lekcja, której Poznań nie odrabia. Co z tego, że start jest dzielony na sektory, jeśli nikt nie pilnuje wejścia do stref i tak mamy z przodu w czerwonej strefie biegaczy o kolorze niebieskim, czy pomarańczowym, generalnie tęcza. Udało mi się ustawić w okolicy 10-12 rzędu. Mimo tego po wystrzale startera i tak mieliśmy efekt czkawki.

IMG_20170326_123400.jpg
Prezentacja niezwykle dynamicznej trasy 😀

Pogoda dopisywała od samego rana i w sumie to najbardziej nastrajało mnie pozytywnie do biegu. Mieliśmy słoneczny dzień, niewielkie powiewy wiatru, raczej przyjemnie chłodzącego niż utrudniającego bieg. Trasa została odrobinę przebudowana w stosunku do ubiegłego roku. Zaliczam to na duży plus, wg mojej opinii redukcja dwóch zakrętów na pierwszych pięciuset metrach do jednego przechodzącego w długą prostą to strzał w dziesiątkę. Pierwsze 5 kaemów jest teraz mega dynamiczne, trasa opada delikatnie w dół, przechodząc w kilka kolejnych dość płaskich odcinków. Długi, nudny i stosunkowo delikatny, acz męczący podbieg bez zmian pojawił się już na 11 kilometrze i trwał niemal do połowy trzynastego. Byłem na to gotowy, wiedziałem jak przetrwać i zachować siły na drugą część biegu.

20170325_185636.jpg
Wieczorem mieliśmy już naszykowane stroje na poranny bieg!

Z racji tego, iż moja poprzeczka zawisła dość wysoko nie byłem w stanie w pełni cieszyć się biegiem. Po raz kolejny tej wiosny wykonywałem zadanie. Wiedziałem, że skupienie i rzemieślnicza praca nóg oraz umysłu będą kluczowe. Tak to już jest, gdy biegnie się dla wyniku. Czy żałuję, że nie pamiętam ilości punktów muzycznych i nie przeczytałem każdego transparentu? Nie tym razem. Z kibiców w pamięci utkwiły mi trzy zjawiska, starszy pan z harmonijką ustną w okolicach przystanku na Ściegiennego, niezastąpiony Macio – najlepsza na świecie jednoosobowa strefa kibica z kozackim tego dnia dopingiem oraz „ściana płaczu” ustawiona przez ekipę z gRUNwald team 🙂

macio2.jpg
Transparent Maćka, także ogień!

Od samego początku biegło mi się dobrze, liczyłem na mocny początek. Pilnowałem by nie przeszarżować tak jak miało to miejsce tydzień wcześniej w Pyrzycach. Udało się. Tempo zostało opanowane na bezpiecznym poziomie. Biegłem z zapasem. Plan wykonywałem ze sporą górką. W pewnym momencie zacząłem obawiać się, że chyba przesadzam. W końcu miałem łamać godzinę trzydzieści, trzymać średnie po 4’06” – 4’08”, a zegarek wskazywał raczej 4’00”. W okolicy 10 kaema miałem już ponad minutę zapasu, dużo sił, stabilny, lekki krok i perspektywę podbiegu. Mogłem pozwolić sobie na luzowanie, miałem na tą okoliczność odliczony bufor. Mimo spuszczenia z tonu na podbiegu, udało mi się przesunąć o kilka pozycji do przodu, co napawało optymizmem, byłem mocny. Na wypłaszczeniach wracałem do wyjściowego tempa, by na stałe trzymać je od 14 kilometra do samego końca.

trasa henrik.jpg
Ten niewyraźny kolo w tle to ja, biegłem bardzo skoncentrowany, niestety dzięki temu wyglądam jakbym grymasił 🙂 źródło: facebook.com/hernikteam

Na trasie muszę się odżywiać, bo mnie odcina. Wszystko co biegnę w dystansie powyżej dychy zajadam. Chyba brakuje mi doświadczenia w tematach żywieniowych. Na półmaraton mam sprawdzony zestaw. Dwa razy honey stinger i bomba kofeinowa. Dużo? Dla mnie w sam raz by na pełnej dojechać do mety.

IMG_20170325_182402.jpg
Wiatr i deszcz kształtują charakter

Jeśli chodzi o dojazdy – tym razem postawiłem na długi finisz, tuż za agrafką na Grunwaldzkiej, zaraz za 17 km postanowiłem cisnąć do końca. Plan się sprawdził, średnie z całości zaliczyłem na poziomie 4’02”, średnie z czterech ostatnich to 3’58”, wiem też, że można lepiej – ten element będzie trenowany.

między
Trochę statystyki: moje oficjalne międzyczasy z pomiaru odcinkowego

Meta: zakręt w lewo, krótki ostry nabieg, czerwone światła i stroboskop, uderzająca duszność, potężny hałas, wielki ekran i zegar. Pośród tego ja i kilku mi podobnych. Biegniemy. Czas niby staje, jednak stoper nadal odmierza sekundy. Spiker cedzi słowa, są niewyraźnie. Przelatuję przez linię końcową. Nogi mam roztrzęsione. Nie mogę ustać. Padam. Chwilę trwa zanim wstanę. Hałas zdaje się być coraz większy. Wykonałem zadanie. Po ostatecznym finiszu tętno muszę mieć potwornie wysokie. Uspokajam się. Wstaję podparty przez wolontariusza. Już jest dobrze. Po chwili dociera do mnie co się stało. Ustanowiłem nowy rekord życiowy w półmaratonie. Mój wynik to dla mnie totalny kosmos. Ruszając na starcie nigdy nie spodziewałem się, że będę w stanie zrobić to tak szybko…

20170326_112450.jpg
Medal ciężki, raczej brzydki – tzn. mam bardziej urokliwe, choć biorąc pod uwagę poprzednie edycje można śmiało powiedzieć, że jest ładny.

keep runnin’

Dla zachowania rejestratorskiej dokładności podaję cyferki – zwyciężyli: Pan Maciej Chabowski z czasem 1.03.15 oraz Pani Karolina Nadolska uzyskując wynik 1.09.53 będący również nowym rekordem Polski w półmaratonie kobiet! Kasia poprawiła swoją życiówkę na mecie meldując się z czasem 1.51.31, Ewa debiutowała zaliczając świetny czas 1.51.45, Łukasz wyszarpał nowego PBka zatrzymując stoper na 1.28.45. Mi udało się wykręcić czasy: brutto: 1.25.14 oraz netto: 1.25.03, poprawiając tym samym swój najlepszy rezultat o 5 minut i 13 sekund, pozwoliło to zająć 320 lokatę open, 304 wśród panów i 99 w kategorii wiekowej M18.


2 myśli w temacie “10. Poznański Półmaraton – kosmos za linią mety

  1. Relacja z rana jak śmietana! Po raz setny gratuluję, dałeś do pieca. Wynik to kosmos nie tylko dla Ciebie!
    Nie mogę biegać to chociaż dopinguje. Liczę, że chociaż w Stargardzie staniemy na starcie razem 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s